O sentymentach, Kresach i festiwalu

2016-08-04 12:00:00 (ost. akt: 2016-08-05 09:33:14)
O sentymentach, Kresach i festiwalu

Autor zdjęcia: archiwum rodziny

Choć była zbyt mała, by Kresy zapamiętać, mają w jej sercu miejsce szczególne. Z Festiwalem Kultury Kresowej związana jest od początku jego istnienia. Przez lata była kierownikiem biura festiwalu, obecnie kieruje pracą pilotów zespołów festiwalowych. Mowa o Pani Barbarze Morowskiej, która opowiedziała nam o swoich korzeniach, Kresach i festiwalu.

— Pani Barbaro wiem, że pochodzi Pani z Kresów, jaka jest Pani historia?
— Urodziłam się w 1945 roku, miesiąc po zakończeniu II Wojny Światowej, w Pikieliszkach, niedaleko Wilna. W tamtym okresie na Kresach trwały aresztowania Polaków i wywózki na Syberię. Taki los spotkał moja babcię - matkę ojca, jego siostrę i brata. Z obawy przed wywózką, w sierpniu 1946 r. tato zdecydował o wyjeździe. Ostatnim transportem z Powar, w wagonie bydlęcym podróżowaliśmy na ziemie odzyskane, do Polski. Wiem, że rodzice zabrali ze sobą krowę, z jej mleka w trakcie drogi korzystały też inne rodziny i konia, którego w czasie wojny uratował i nie miał sumienia zostawić na pastwę losu. Moja najstarsza siostra miała za zadanie opiekować się mną i doniczką z begonią, to ziemia w tej doniczce miała dla rodziców wartość tak wielką. Po wielu dniach podróży przybyliśmy do Giżycka, tam ojciec znalazł pracę i dom. W Giżycku po dziś dzień mieszka moja siostra Wisia (Jadwiga Żurek) i młodszy brat Roman Borkowski. Zatem z Kresów wyjechaliśmy jak miałam zaledwie rok i nie pamiętam nic z tamtego okresu, a wszelkie informacje jakie posiadam, to relacje moich rodziców i rodzeństwa.




— Skąd w takim razie w Pani taka miłość do Kresów?
— To siostra zaraziła mnie tą miłością. Wisia, gdy opuszczaliśmy nasz dom rodzinny miała lat trzynaście, więc pamięta go doskonale, to głównie od niej jako młoda dziewczyna czerpałam wiedzę, trochę chciałam też ją naśladować, była takim moim przewodnikiem. To ona kształtowała mnie historycznie, rozmiłowała w czytaniu, w literaturze. Wielbicielem literatury był mój tato. Duże fragmenty Trylogii H. Sienkiewicza z podziałem na role czytaliśmy wspólnie, ojciec cytował fragmenty Pana Tadeusza A. Mickiewicza, które znał na pamięć. Pieczołowicie przechowywał książkę o wychowaniu w duchu patriotyzmu pt. "Mały Piłsudczyk". Wiem od siostry, że w czasie wojny w polskiej szkole w Pikieliszkach, kiedy to zaczęto uczyć w j. litewskim, palono polskie książki. Dzieci próbowały je ratować, podobnie moja siostra. Do dzisiaj mam w domu dwa uratowane wtedy egzemplarze tj. Zaczarowany Gucio i Kichuś majstra Lepigliny, jakiś czas temu widziałam nawet wznowioną edycję Gucia. Książki w naszej rodzinie zawsze zajmowały ważne miejsce.

— Czy w Pani rodzinnym domu często wspominało się tamte strony?
— W domu o Wilnie nie rozmawiało się wiele, raczej przy okazji. Mama często porównując różne rzeczy mawiała, że w Wilnie to czy owo było lepsze. Tato nigdy do końca nie przekonał się, że ziemie na których mieszkamy są nasze i dane nam na zawsze, bał się inwestować, mimo, że miał zmysł przedsiębiorczy. Rodzice starali się nas nie wtajemniczać w kwestie polityczne. Pamiętam jak tato słuchał radia Wolna Europa, wtedy my, dzieci, byliśmy jego zwiadowcami, obserwowaliśmy czy nikt nie nadchodzi. Wkrótce z Giżycka przeprowadziliśmy się do Piecek, gdzie ojciec otrzymał pracę jako nadzorca dróg publicznych. Do dziś stoją mosty wybudowane przez ojca: w Rosochach, Ukcie i okolicach Giżycka dwa mosty. Mama nie pracowała zawodowo, zajmowała się domem. Doskonale umiała wszystko zorganizować. Mieliśmy duży ogród, gospodarstwo. Dzieciństwo miałam bardzo szczęśliwe, jak w bajce.

— Kiedy konkretnie bardziej zainteresowała się pani Kresami?
— Dość późno. W zasadzie to dzięki mojej przygodzie z harcerstwem. Dzięki harcerstwu poznałam także mojego męża. Poznaliśmy się w pociągu. Jechałam z harcerzami na zimowisko, Sławek, który wtedy jeszcze studiował, do Gdańska, do szkoły. Niedługo potem mąż jako wojskowy dostał przydział w Gołdapi, tam mieszkaliśmy 16 lat. I właśnie z Gołdapi pojechałam na obóz harcerski do miejscowości Giełdałdyszki nad Niemnem. Tam poczułam coś szczególnego. Pierwszy raz w życiu, stąpając po piasku usłyszałam jak piasek "śpiewa". To nie był taki piasek, że się noga zapadała, ale pod wpływem palców i stóp żwirek obsuwał się i wydawał dźwięk. To trochę dziwne, ale stanęłam nad pięknym, potężnym Niemnem i wtedy w serduchu coś mi drgnęło. Patykiem na piasku napisałam "wrócę".

— Często jeździ Pani na Kresy?
— W Wilnie byłam kilka razy. Chociaż bliższy memu sercu jest mniej popularny od Wilna Lwów. Na Kresach pozostało tyle śladów polskości, związanych z kulturą, nauką i sztuką. Niemal każde miejsce zroszone jest polską krwią, czy to na Rosie w Wilnie czy na Cmentarzu Orląt we Lwowie. Zawsze mam przy sobie znicze. Warto w tych miejscach, naznaczonych naszą historią, zadumać się chwilę i zapalić lampkę.

— Jak to się stało, że zaangażowała się Pani w pomoc przy tworzeniu I Festiwalu Kultury Kresowej?Jak wspomina Pani pierwszy festiwal?
Po powrocie do Mrągowa zapisałam się do Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej, i tam działaliśmy na rzecz Kresowiaków. Kropką nad "i" stał się Festiwal Kultury Kresowej. Było to dla nas wielkie wyzwanie. Stanęłam na czele biura organizacyjnego, ale gdyby nie mój mąż, Sławomir Morawski, nie wiem czy podołałabym temu zadaniu. Zespoły niegdyś były bez porównania biedniejsze, a z festiwalu każda grupa wyjeżdżała (i wyjeżdża) z nagrodami rzeczowymi i pieniężnymi. Zależało nam, by w ten sposób pomagać im i podtrzymywać kulturę polską na Kresach. Przyjeżdżały zespoły z Ukrainy, Litwy, Białorusi... Na pierwszym festiwalu występował Czesław Niemen, który też jest Kresowiakiem, a urodził się w Starych Wasiliszkach na Białorusi. Pierwszy koncert zakończył się Rotą, wszyscy stali śpiewali i płakali, na scenie i na widowni. To były takie chwile dla których mówi się "przybyć, zobaczyć i umrzeć, więcej nic piękniejszego nie będzie".

— Co się zmieniło dzisiaj?
Dzisiaj zespoły to często jeżdżący po świecie profesjonaliści, ich umiejętności są na najwyższym poziomie artystycznym. Perła, Zgoda, Wilia, Wileńszczyzna, Kapela Wileńska, Grodzieńskie Słowiki, Kwiaty Bukowiny, długo można wymieniać. Festiwalowa atmosfera jest niezmiennie przesympatyczna, ciepła i swojska. Spotykamy się przecież w gronie dawnych znajomych. Bardzo serdecznie witamy młodych, staramy się, by byli zadowoleni z pobytu u nas. Niegdyś organizowane były spotkania integracyjne i to było też fajne. Widzę, że obecnie reżyserzy zaczynają powoli powracać do tego, co było na początku.

— Niektórzy uważają, że wraz ze starszym pokoleniem festiwal powoli umiera, jakie jest Pani zdanie?
Pracujemy nad inną formą festiwalu, chcemy przyciągnąć młodzież. Nawet jeśli Kresowiacy powymierają, ale formuła festiwalu będzie ciekawa, festiwal będzie się rozwijał. Kresówka to przecież nie tylko występy, to także czas spotkań z literaturą, przyjeżdżają malarze, rzeźbiarze, rękodzielnicy. Tradycją stały się Wieczornice Kresowe, odbywające się w sali widowiskowej w centrum kultury. Od kilku lat ostatniego dnia festiwalu w dużym amfiteatrze organizowane są darmowe koncerty pożegnalne, które cieszą się olbrzymią popularnością. Kresówka jest za tydzień, ale wszystko jest już przygotowane. Nad całością czuwa Agnieszka Kozioł z CKiT. Niebawem wejdzie ekipa, która ma pomóc to wszystko przeprowadzić, do której i ja należę. Jednak cała, prawie całoroczna praca leży po stronie centrum kultury, urzędu miasta i Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej. Okres Festiwalu Kultury Kresowej w Mrągowie, to czas niezwykły i myślę, że warto tu być!

Joanna Turowska

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB