Zapraszamy nie tylko do Lwowa

2016-06-22 15:19:16 (ost. akt: 2016-06-22 15:26:26)
Zapraszamy nie tylko do Lwowa

Autor zdjęcia: Aleksandra Romanyszyn

Zbliżają się wakacje i każdy się zastanawia, jak je zagospodarować. Ale gdy ma się tylko kilka dni, to jedną z możliwości jest podróż do Lwowa. Lwów ma wiele zalet szczególnie dla turystów z Polski. Miasto to szczególnie przyciąga osoby interesujące się historią, przyjeżdżają również osoby mające korzenie na Kresach. Takie wizyty budzą wiele emocji.

Niedawno miałem okazję spędzić kilka dni z turystami z Polski, wspólnie odwiedziliśmy zamki w Złoczowie, Podhorcach, Krzemieńcu, Zbarażu, zatrzymaliśmy się na chwilę w Ławrze Poczajowskiej. W Zbarażu o. Aleksander odprawił dla nas niedzielną mszę św. Nad całą wycieczką czuwali organizatorzy – działacze Fundacji Mosty Piotr Sieczkowski i Jarosław Gabryelczyk. Jak sami podkreślają, wycieczki organizują przeważnie dla osób, które jadą na Ukrainę po raz pierwszy i chcą zobaczyć Kresy. Na wyjazdach panuje przyjacielska atmosfera.

Goście z Polski opowiedzieli dla Kuriera Galicyjskiego o wrażeniach, jakie wywiozą z Ukrainy, i oczywiście o tym, czy się nie obawiali wyjazdu do kraju, w którym trwa konflikt zbrojny.

Piotr Sieczkowski, nauczyciel historii w warszawskim liceum, fundacja Mosty:
Interesuję się Kresami, lubię opowiadać i uczyć o nich. Od 2-3 lat organizuję wycieczki, jeździmy do Lwowa, Zbaraża, Ostroga, Kamieńca Podolskiego, zależnie od zainteresowania. Jeździmy z młodzieżą i z dorosłymi. To nie są wycieczki o charakterze zarobkowym, bardziej są to wycieczki o charakterze towarzyskim – zbiera się grupa znająca się, towarzystwo, które czuje zagadnienie. Chyba są zadowoleni, bo wycieczki nie są specjalnie drogie, musimy zapłacić koszty jedzenia, zakwaterowania i przejazdu. Są z nami ci, którzy nie byli, albo byli za krótko żeby więcej zobaczyć. Bo Lwów jest stosunkowo łatwy i dostępny, natomiast wyjazd na zamki już trzeba umieć zaplanować i to nie dla każdego jest proste.

Ponieważ większość jest pierwszy raz na Ukrainie, to trzeba im pokazać rzeczy najbardziej istotne, najbardziej znane i najbardziej wymowne. Zaczynamy od Cmentarza Łyczakowskiego i starówki Lwowa, potem obchodzimy wszystkie główne kościoły łącznie z kościołami greckokatolickimi. We Lwowie spędzamy około 2 dni. Następnie wybieramy się do pałaców i zamków, do których stosunkowo najłatwiej dotrzeć. Wtedy turyści mają pojęcie o zamożności tych, którzy tutaj mieszkali, o ich działalności. Opowiadamy o królu Sobieskim, o Potockich, Sanguszkach i o wielu innych.

Wielu ludzi tutaj nam pomaga, miedzy innymi księża, nie jesteśmy tutaj kolejną liczbą turystów, jesteśmy tutaj zaprzyjaźnieni. I ma to pewnego stopnia wymiar rodzinno-towarzyski, jeżeli można tak powiedzieć, nie jest to mechanizm do zarabiania pieniędzy i przewozu ludzi z miejsca na miejsce.

Po wycieczce wynoszą niezwykłe wrażenia, szczególnie gdy są po raz pierwszy. Widzą oni skalę zniszczeń i domyślają się skali bogactwa jakie tu było. Bardzo wielu patrząc na te zabytki żałuje, że te tereny nie są już w Polsce, bo są przekonani, że powinny być. W grupie mamy jednego pana, którego rodzina była właścicielami kamienicy we Lwowie i oczywiście pytał, czy jest szansa jej odzyskania. Więc ten element osobistych doświadczeń i poszukiwania pamiątek jest obecny. Poza tym wszystkim, sama Ukraina jako kraj inny niż Polska jest ciekawa, bo po prostu tutaj życie inaczej wygląda.

Gdy organizuję taki wyjazd, na spotkaniach opowiadam, jak wygląda przedsięwzięcie, i po rozmowie nie ma żadnego strachu. Natomiast w Polsce strach się spotyka wskutek wręcz szalonych informacji o wojnie. A chyba gdzieś tu widać wojnę? Wojna jest ponad 1000 km stąd i wcale nie jest tak prosto tam dojechać. Nasi turyści, zresztą nie pierwsi i zapewne nie ostatni, niczego się nie boją, bo tutaj nie ma czego się bać. Z naszej pracy wynika, że nie przyjechaliśmy do obcego kraju, my przyjechaliśmy do sąsiada, z którym się żyje po bożemu.

Jarosław Gabryelczyk, fundacja Mosty:
Przyjechaliśmy na Ukrainę z wyjazdem społecznikowskim, prowadzi nas profesor Sieczkowski, który od czasu do czasu ma społeczne wykłady w różnego rodzaju bibliotekach. Zebraliśmy grupę chętnych osób, która chciałaby zobaczyć nasze ukochane Kresy. Byliśmy we Lwowie, w Złoczowie, Krzemieńcu, Zbarażu, Zborowie, Żółkwi. W miarę skromnych możliwości przez te 3-4 dni objechaliśmy to, co po prostu zdążyliśmy. Ludzie reagują różnie, na ogół są to ludzie, którzy tutaj nigdy wcześniej nie byli i jeżeli są na przykład, w pałacu w Podhorcach, to serce im ściska stan tego pięknego zabytku.

Lecz gdy jesteśmy na przykład, w Zborowie, gdzie nasza fundacja odnawia kaplicę żołnierzy poległych w latach I wojny światowej i w wojnie bolszewickiej, to widzą że ten zabytek, że tak powiem, jak feniks z popiołów powstaje i zaczyna wyglądać coraz ładniej. Generalnie im się podoba zobaczyć to, o czym czytali w książkach Sienkiewicza, i zamek w Kamieńcu Podolskim robi na nich wrażenie.

Na początku są na pewno obawy, wszyscy pytają o wojnę, ale my przełamujemy ten strach. Mówimy, że jeździmy stale, powiem szczerze, że ja już od kilku lat jestem na Ukrainie pięć-sześć razy do roku, a odwiedzamy nie tylko Kresy Rzeczpospolitej, ale podróżujemy aż po Odessę, gdzie w XIX wieku mieszkało bardzo wielu Polaków. Mam nadzieję, że chętnych do obejrzenia pięknego polskiego dziedzictwa narodowego na tych ziemiach nie zabraknie.

Osobiście powiem, że mam bardzo dobre relacje z Ukraińcami, mam bardzo wiele ukraińskich przyjaciół. Mogę powiedzieć że dobrze mi się współpracuje z uniwersytetem Wasyla Stefanyka w Stanisławowie i z rektorem Ichorem Cependą. Mam dobre relacje z księżmi katolickimi na Ukrainie, którzy wykonują tutaj bardzo ciężką posługę. Nic nie jest kolorowe, jak zawsze w sprawach odnowienia różnych zabytków nadziewamy się na jakąś biurokratyczna strukturę typu sowieckiego, ale jest coraz lepiej. Przełamujemy bariery i nie jest tak źle, jak było jeszcze kilkanaście lat temu.

W Zbarażu spotkał nas proboszcz parafii o. Aleksander, franciszkanin z zakonu Braci Mniejszych który odprawił dla nas msze świętą i towarzyszył nam prawie dwa dni.

- Jestem proboszczem w Zbarażu od 3 lat – mówi o. Aleksander. – Na dzień dzisiejszy parafia nie jest zbyt duża, jest to około 250 osób, parafia jest zróżnicowana, zostało siedem polskich rodzin, reszta to są rodziny mieszane. Ostatnim czasem do kościoła na mszę przychodzą prawosławni i grekokatolicy. Parafia nie jest zbyt duża, ale pod względem inicjatyw i pracy jest bardzo aktywna.

Mieszkające tu polskie rodziny czują się podtrzymywane i przyznają się do polskich korzeni. Stracili wiele, bo w domu już prawie nikt nie rozmawia po polsku, języka uczą się na własną rękę, również ja w parafii prowadziłem lekcje polskiego. Na początku posługi tutaj myślałem, że będzie gorzej, nie było kontaktu, wiele osób nie przyznawało się, że są Polakami, dowiedziałem się o tym dopiero kiedy byłem po raz pierwszy po kolędzie, czyli po 3 miesiącach pobytu w parafii jako proboszcz. Dowiedziałem się, jakie rodziny są polskie i jakie maja korzenie.

Właściwie od kilku lat współpraca pomiędzy Polską a Ukrainą jest bardzo dobra, ciągle przyjeżdżają do nas Polacy, ale nie tylko turyści. Regularnie odwiedzają nas przyjaciele z Bolesławca i z Głubczyc, między innymi pomagają w sprzątaniu cmentarza.

Monika Rudnicka, turystka z Warszawy:
Jestem na Ukrainie pierwszy raz, żałuje że tak późno tu przyjechałam. Przede wszystkim cieszę się, że to wszystko zobaczyłam, natomiast jestem zdruzgotana stanem, w jakim w tej chwili jest wiele z tych obiektów. Mam nadzieje, że będą odrestaurowane. Mam nadzieje, że Polacy będą chcieli tu przyjeżdżać i będą chcieli brać udział w pracach i że przez to będzie łatwiej zbierać na to środki. Myślę, że w Polsce często nie zdajemy sobie sprawy z tego, w jakim stanie te obiekty są w tej chwili i po prostu jak dużo na to trzeba pieniędzy. Trochę interesuje się historią i jestem zaskoczona tym, jak są duże te zamki i jak wiele jest tutaj Polski. W Zbarażu serce się raduje, że są miejsca odrestaurowane. Natomiast msza święta, która odbyła się w kościele w Zbarażu, była dla mnie ogromnym przeżyciem, wzruszeniem, bo takie wspaniałe czasy ten kościół pamięta.

Na przyjazd zdecydowałam się sama, aczkolwiek na pierwszym spotkaniu zadałam pytanie, czy jest to bezpieczny wyjazd. Czuje się absolutnie bezpiecznie i nie mam żadnych obaw co do pobytu tutaj.

Robert Rudnicki, turysta z Warszawy:
Przyjechałem, aby poznać Kresy, czyli miejsce, gdzie przez 700 lat duża część naszego społeczeństwa mieszkała. Jestem zszokowany tak dużą ilością zabytków, ale również stanem tych zabytków, czyli zniszczeniami, które zostały zadane wskutek działań specjalnych lub przypadkowych. Nie jest to w jakiś sposób remontowane, serce boli. Mimo zniszczeń za czasów sowieckich, kamienie tu mówią same za siebie. Bardzo bym chciał, aby to było wspólnie odnowione, bo to jest nasza spuścizna i niezależnie do jakiego kraju nalezą te zabytki, uważam że warto o to wszystko wspólnie zadbać.

Przyjechałem tutaj również dlatego, a może nawet przede wszystkim dlatego, że stąd pochodzi moja rodzina, a mianowicie moja babcia, co prawda urodzona w Przemyślu, ale mieszkała w Samborze. To jest jedna z ważnych przyczyn, która mnie tutaj sprowadziła. W Samborze jeszcze nie byłem, ale na pewno się wybiorę. Myślę, że tutaj jeszcze wrócę, chyba że mi emocje nie pozwolą, bo też tak może być.

Aleksander Kuśnierz
Tekst ukazał się w nr 10 (254) 31 maja – 16 czerwca 2016 Kuriera Galicyjskiego

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB