Nawet w obozie jest miejsce na miłość

2016-06-16 12:00:00 (ost. akt: 2016-06-16 17:44:29)

Ma 93 lata, przeżyła II Wojnę Światową, przymusowe prace na terenie ZSRR i obóz pracy w Moringen. W obozie poznała swojego przyszłego męża, w obozie wzięła z nim ślub. Urodziła 4 dzieci, jest szczęśliwą matką, babcią i prababcią. Aleksandra Sękiel opowiedziała nam o swoim niełatwym, lecz niepozbawionym szczęścia życiu.

Nawet w obozie jest miejsce na miłość

Autor zdjęcia: ARCHIWUM RODZINY

Urodziłam się 21 grudnia 1923 roku w Makarowie na Podolu, na Ukrainie. Mój ojciec, Teofil Wołoszczuk był księgowym w miejscowym kołchozie. Mama, Dominika z domu Wotkowiecka prowadziła dom i także pracowała w kołchozie. Byłam najstarszym dzieckiem, miałam jeszcze brata i siostrę. W wieku 7 lat rozpoczęłam naukę w miejscowej szkole powszechnej, tam ukończyłam cztery klasy. Do piątej klasy chodziłam już do szkoły oddalonej o 7 kilometrów, mieściła się w miejscowości Żymierka. Po ukończeniu edukacji pomagałam mamie w prowadzeniu domu. Rodzice kochali nas bardzo. Przeżyłam najpierw najszczęśliwsze chwile mego dzieciństwa, później najokrutniejsze i najsmutniejsze lata młodości. Musiałam walczyć o życie i przetrwanie, los tak chciał, że te walkę wygrałam. Myślę, że miałam szczęście.




Pobyt w obozie pracy

W wieku osiemnastu lat pod eskortą NKWD zostałam wysłana wraz z innymi dziewczętami ze wsi do pracy przy wydobywaniu torfu. Zesłano nas do miejscowości Szatura, ok. 150 km. za Moskwą. Zakwaterowano w drewnianych barakach. Mieliśmy pracować przy różnych pracach związanych z pozyskiwaniem tego surowca, który miał służyć do ogrzewania mieszkań, fabryk, także jako paliwo do lokomotyw parowych. Zanurzeni po kolana w lodowatej wodzie, całymi dniami wykonywaliśmy katorżniczą pracę. Pracowaliśmy w butach z witek z wierzby, każdy sobie takie musiał zrobić, innych nie było. Brakowało ciepłej wody do umycia się po pracy. Jako wynagrodzenie otrzymywaliśmy skromne pieniądze, które wystarczały na nędzne wyżywienie tj. chleb i miskę mętnej wody zwanej zupą. Warunki w tym obozie pracy były wyjątkowo ciężkie. Jednak byliśmy młodzi i dobrze zorganizowani, podjęliśmy decyzję o ucieczce. Pod osłoną nocy i pod przewodnictwem starszego od nas o kilka lat chłopaka ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Mógł to być maj 1942 roku...


Zatrzymanie, zesłanie do kolejnego obozu

Po opuszczeniu obozu, wszyscy udaliśmy się do głównego szlaku kolejowego w kierunku Moskwy. Jechaliśmy w odkrytych wagonach, na których był przewożony torf. W obawie przed zatrzymaniem przez NKWD i nazistów niemieckich, podróżowaliśmy jedynie nocą. Dni spędzaliśmy przy małych stacyjkach kolejowych, gdzie pociągi zatrzymywały się w celu uzupełnienia wody do lokomotyw parowych. Na jednej z takich stacji nawiązaliśmy kontakt z kolejarzem, który wskazał nam drogę w stronę Kijowa (w Moskwie wtedy było zbyt niebezpiecznie). Nie pamiętam po jakim czasie dotarliśmy do Kijowa, ale to było dość długo.
W Kijowie podczas łapanki zostaliśmy wszyscy zatrzymani i osadzeni w obozie przez żołnierzy niemieckich (pamiętam, że mieli żółte mundury), tam przetrzymywano nas kilka dni. Następnie wsadzono do wagonów bydlęcych i wieziono przez Lublin, Częstochowę, Wrocław, Drezno - w kierunku III Rzeszy. Jechaliśmy przez kilka dni, co jakiś czas pociąg zatrzymywał się, aby przepuścić transporty wojsk niemieckich zmierzające w kierunku wschodnim. Trzymaliśmy się razem, ja Lidka i Stefan. Po kilku dniach dotarliśmy do stacji Moringen, na terenie Niemiec. Grupami, w obstawie żandarmów, prowadzono nas do centrum miasta, do biura Arbajcant. Tam wpisywano nam przydział miejsc pracy w majątkach ziemskich.

Obóz pracy w Hettesen

Razem z Lidką i Stefanem zostaliśmy zabrani przez młodą Niemkę, mogła mieć jakieś 17 lat, towarzyszył jej zarządca majątku. Furmanką dowieziono nas do wsi Hettesen, w Dolnej Saksonii. Tam nakarmiono, przydzielono pokoje. Zamieszkałam z Lidką, Stefan trafił do pokoju innego pracownika przymusowego. Każdy otrzymał przydział obowiązków do wykonywania. Pracowaliśmy przy obsłudze krów, trzody chlewnej. Majątkiem rządziła młoda Niemka, pomagał jej zarządca. Rodzice młodej kobiety prowadzili duży majątek w sąsiedniej wsi, byli najzamożniejsi w okolicy, nazwisko ich było Munke. W majątku tym przebywałam od sierpnia 1942 roku. Posiłki były punktualnie, rano dostawaliśmy mały bochenek chleba i margarynę - musiało wystarczyć i na kolację. O 12 godz. zawsze był obiad, przeważnie zupy przecierowe, warzywne, kartoflane. Ilość kartofli do obiadu była dowolna, prawie zawsze z sosem, rzadko podawano mięso, jak było, to tylko drobiowe. Praca w polu trwała do godz. 18, później była kolacja. Praca była ciężka, ale nie ponad siły. Stosunek młodej Niemki i jej zarządcy był przyzwoity, traktowano nas jak ludzi. W Hettesen pracowało wielu obcokrajowców z krajów okupowanych, głownie Rosjanie, Polacy, Anglicy, Belgowie, Białorusini, Litwini. Niemcy organizowali spotkania, na których zachęcali do pracy. Straszono nas represjami i obozami koncentracyjnymi.

Życie w obozie

W sąsiednim gospodarstwie pracował kilka lat od nas starszy chłopak, Janek. Często nas zaczepiał, pytał, czy wystarcza nam jedzenia. Zawsze miał kanapki z serem, wędliną, mleko w butelce, dzielił się z nami. Podobał mi się, był szczery i dbał o nas. Pod koniec września na tyfus zachorował nasz kolega Stefan. Zabrano go do szpitala w Moringen. Nigdy do nas nie wrócił, nie wiem jaki spotkał go los. Za pozwoleniem młodej Niemki po godz. 19 wolno nam było wychodzić poza teren gospodarstwa, w obrębie tej samej wsi. Spotykaliśmy się z innymi pracownikami z sąsiedztwa, godziny powrotu nie były wyznaczone, ale trzeba było na drugi dzień rano wstać do pracy. W niedziele i święta Niemcy nie pracowali. Naszym zaś obowiązkiem było wykonać prace w oborze, po czym mieliśmy wolne. W wolne dni wychodziliśmy na teren wsi, tam mieściła się mała gospoda i sklep, w którym można było kupić drobiazgi: czekoladę czy kawę. Często chodziliśmy do gospody i spotykaliśmy z innymi niewolnikami. Mężczyźni popijali piwo, mimo, że było zakazane, dziewczęta kupowały takie czarne bezalkoholowe, smakowało mi. Przychodził też tam ten Polak z sąsiedniego majątku. Opowiadał, że w Polsce służył w wojsku, że czekają na niego matka i dwie siostry.

Koniec wojny
Zaprzyjaźniłam się z Jankiem, często spotykaliśmy się i opowiadaliśmy sobie o naszych rodzinach od których byliśmy tak daleko i za którymi tęskniliśmy tak bardzo. Janek ciągle pomagał nam w dostarczaniu żywności, zwłaszcza zaś chleba, którego bardzo brakowało.
Nie pamiętam dokładnie, ale mogło to być na przełomie kwietnia 1945 roku. Lotnictwo alianckie zaatakowało zachodnią część Niemiec, m. in. Hamburg i przesuwało się w naszym kierunku w pobliże Kassel. Pewnego razu usłyszeliśmy nadlatujące ciężkie bombowce. W nocy robiło się jasno jak w dzień. Mówili, że bombardują Kassel. Wszyscy byliśmy wystraszeni, Niemcy też. Mówili o jakiś nalotach dywanowych. W wiosce pojawiły się amerykańskie oddziały sojusznicze. Wiedzieliśmy, że zbliża się koniec wojny. Zabrano nas wszystkich samochodami z Hettesen i wywieziono do schronów w Moringen. Znajdowało się tam już dużo jeńców i pracowników przymusowych z okolicznych miejscowości. Tam udało mi się odnaleźć Janka.

Ślub w obozie

Do obozu w Moringen trafiliśmy na kilka miesięcy, początkowo liczyliśmy, że szybko go opuścimy, czas ten przedłużył się do jednego roku. 7 maja 1945 roku wzięliśmy z Jankiem ślub. Pamiętam jak kilka dni wcześniej na tablicy ogłoszeniowej wywieszono informację, że w kaplicy obozowej 6 maja będą zawierane sakramenty małżeńskie i że narzeczeni proszeni są o kontakt z kapelanem. Zgłosiło się wtedy 50 par, podzielono nas na dwie grupy. Nie miałam nowej sukni, welonu, sukienkę pożyczyła mi koleżanka, która ślub brała dzień wcześniej, obrączki zrobił jeden Węgier z 15 feningowej monety. Po zaślubinach odbył się mały poczęstunek wśród najbliższych, w tym naszych świadków. Z Jankiem przeżyłam 46 lat, zmarł w 1991 roku. W Moringen bywało niebezpiecznie. Baliśmy się snajperów i esesmanów ukrywających się po domach i w piwnicach. Nienawiść między ludźmi była tak wielka, że zaczęły grasować grupy Polaków, którzy wyszukiwali esesmanów i dochodziło do samosądów. Nie podobało się to Amerykanom, ale poniekąd rozumieli to. W obozie długo czekaliśmy na wyrobienie dokumentów, otrzymaliśmy je w maju 46 roku. Wtedy wyruszyliśmy pociągiem do rodzinnego domu mego męża w Jarosławicach.

W Człobie uzyskałam obywatelstwo polskie

W 1947 roku zamieszkaliśmy w miejscowości Człopa, tam starałam się o nadanie obywatelstwa polskiego. Na podstawie moich danych w Prezydium Rady Narodowej w Człopie, w biurze ewidencji ludności zameldowana byłam jako bezpaństwowiec. Kilkakrotnie wzywano mnie do Komendantury Radzieckiej w Szczecinie. Pytano dlaczego zamieszkuję w Polsce, a nie wracam do swojego kraju. Każdorazowo odpowiadałam, że zawarłam związek małżeński z Polakiem, z którym mamy wspólne dzieci, że złożyłam stosowne dokumenty w celu uzyskania obywatelstwa polskiego. W latach 50-tych były przypadki deportacji z terenu Człopy, mnie przed deportacją do ZSRR uratowała metryka zawarcia związku małżeńskiego. W Człopie wraz z mężem mieszkaliśmy do 65 roku. Tam urodziły się wszystkie nasze dzieci: Janina, Zygmunt, Henryk i Mirosław. Od 20 lat mieszkam w Mikołajkach, mam dobrą opiekę synowych i synów, którzy o mnie bardzo dbają. Bardzo często odwiedza mnie moja jedyna córka, która mieszka w Jastrzębiu Zdroju. Jednak wciąż tęsknię za moim Podolem, który ma w sobie coś takiego, że nie sposób o nim zapomnieć. Tam złożone są prochy moich ojców, dziadów i pradziadów, ukochanej siostry Marii i najmłodszego brata Iwana.



Tagi:

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB