Piekło zaczęło się 10 lutego

2015-02-12 10:30:00 (ost. akt: 2015-02-12 10:39:43)
Piekło zaczęło się 10 lutego

- Pamiętam, jak rano, 10 lutego 1940 roku zajechali do naszej osady sowieccy żołnierze – wspomina pani Zofia Bonikowska. - Z karabinami. Krzyczeli, że mamy się szybko pakować i musimy wychodzić z domów. Mama była w szoku. Ledwo zdołała ubrać najmłodszego z nas i zabrać kilka rzeczy.

Na leżące z dala od niemieckiej inwazji Kresy docierały jedynie informacje. Lwów, Wilno – te miasta czuły się jeszcze przez kilkanaście dni bezpieczne. A może raczej – żyły ułudą bezpieczeństwa i nadzieją, że nasi „zatrzymają Niemca”.

Niestety. Wojna zaczęła się na tych ziemiach tak naprawdę 17 września. Druzgoczący cios przyszedł z innej strony. Od Wschodu. Dla milionów Polaków rozpoczęła się kalwaryjska droga. Najpierw mordy, a potem masowe przesiedlenia w głąb ZSRR. Za Kresowiakami podążyły strach, śmierć, krzywda i rozdzielenie z najbliższymi. Wielu z nich zostało na zawsze na obczyźnie. O grobach wielu nawet nie wiadomo.

Mordowali
już we wrześniu

Lerypol, leżący przed wojną na terenie powiatu grodzieńskiego, był osadą wojskową. Po wojnie 1920 roku Józef Piłsudski nadał tu ziemie swoim zasłużonym żołnierzom, którzy walczyli z bolszewikami. Wśród nich znalazł się Antoni Pawlikowski. Dla tych, którzy dożyli 1939 roku oznaczało to wyrok. Sowieci wymordowali ich 22 i 23 września.

– Miałam 12 lat, kiedy wybuchła wojna. Pamiętam, jak tato przyszedł do domu i powiedział, że hitlerowcy napadli na Polskę – wspomina mieszkająca dziś w Mrągowie pani Zofia Bonikowska. - Byłam więc na tyle duża, żeby zrozumieć, że nie jest dobrze, z drugiej strony na tyle dziecinna, żeby nie do końca zdawać sobie sprawę, co tak naprawdę nam grozi. 22 września przyszli Białorusini i zabrali wszystkich mężczyzn z Lerypola. Wśród nich mojego ojca, sierżanta w stanie spoczynku, Antoniego Pawlikowskiego. Powiedzieli, że mają ich zaprowadzić na zebranie do sąsiedniej wsi. Nigdy tam nie dotarli. Wszystkich ich zamordowali na łące sąsiada. Zostawili przy życiu tylko kobiety i dzieci. Tak zaczęła się nasza wojenna tułaczka.

Wagonami na Ural,
trupy przy torach

– Pamiętam jak rano, 10 lutego 1940 roku zajechali do naszej osady sowieccy żołnierze – wspomina pani Zofia. – Z karabinami. Krzyczeli, że mamy się szybko pakować i musimy wychodzić z domów. Mama była w szoku. Ledwo zdołała ubrać najmłodszego z nas i zabrać kilka rzeczy. Wszystko trwało może z godzinę. Z kilkoma tobołkami, na saniach, ruszyliśmy do Żydomli. Tam była stacja kolejowa. Po dwóch dniach, zapakowani w wagony ruszyliśmy w nieznane. Dopiero w trakcie podróży, jak komuś udało się wyjrzeć i zobaczyć nazwę stacji, zorientowaliśmy się, że jedziemy na wschód.

Podróż trwała trzy tygodnie. Jak ktoś umierał, to wyrzucali go przy torach. Czasami przynosili nam jedzenie w wiadrach. Tak dotarliśmy do Biereznik. Stamtąd saniami do przygotowanej bazy. Jeśli ktoś był silny i przebojowy, to zajął sobie domek. Myśmy byli dziećmi, mama w ciąży i po stracie ojca. Zanim dotarliśmy na miejsce zostało tylko miejsce w dużym baraku. Tam zamieszkaliśmy z innymi. W sumie z 80 osób. Na środku stała jedna koza, na której wszyscy gotowali posiłki. To tu, w maju przyszła na świat moja najmłodsza siostra Ewa. Niestety, trudy kolejnych wędrówek zabiły ją dwa lata później.

Wszyscy rozdzieleni,
kolejna tułaczka

Kiedy na mocy porozumienia Sikorski–Majski mężczyźni mogli m.in. zacząć poruszać się po ZSRR, starszy brat pani Zofii wyruszył by wstąpić do armii gen. Andersa. – Miał wtedy 17 lat. Musiał załatwić sobie fałszywe dokumenty. Jakoś to mu się udało. Dotarł do Andersa i później przeszedł cały szlak bojowy – opowiada pani Zofia. – Tak naprawdę opiekował się nami z linii frontu. Kiedy los rozdzielał nas coraz bardziej, to on, przez Czerwony Krzyż zapewniał nam łączność. To dzięki niemu wiedzieliśmy, co dzieje się z pozostałymi członkami rodziny.

My w listopadzie 1941 roku ruszyliśmy z matką szukać polskiej ambasady. Najbliższa była w województwie mołotowskim (obecny Perm). Tam utknęliśmy w drodze, bo Kama zamarzała wcześnie i nie mogliśmy przeprawić się dalej. Polska placówka była w Kolbyszewie. Tu pracowałam. Zajmowałam się chorym człowiekiem. Za to dostawałam talon na jedzenie. Mieliśmy co jeść. Tu też los rozdzielił nas na kolejne lata. Mama oddała mojego młodszego brata do junaków. A ja z młodszą siostrą zaczęłam przygotowywać się do transportu do Indii.

W gościnie u maharadży
– Mama została w Kulbyszewie, a my ruszyłyśmy przez Persję do Indii. Polscy dyplomaci przekonali tamtejszych władców do przyjęcia grupy polskich dzieci. W grupie było nas około pół tysiąca. Ze względów higienicznych ogolono nam głowy. Na rok trafiłyśmy do Polish Children Camp Balachadzi w księstwie Jamnagar.

Po roku przyszedł czas na kolejną rozłąkę. Miałam już 16 lat i zostałam wysłana do innego obozu dla polskich dzieci, aby być w nim opiekunką dla młodszych – mówi pani Zofia. – Prosiłam, aby nie rozdzielać mnie z siostrą, ale... Wówczas nikt nas o nic nie pytał. Pojechałyśmy z grupą kilkunastu koleżanek do Karaczi. Tu byłam drużynową. Opiekowałam się grupą dziewczynek. Poprosiłam o możliwość ukończenia szkoły. Dostałam zgodę i tak trafiłam do Valivade-Kolapur, gdzie ukończyłam w 1947 roku gimnazjum kupieckie. Tu też wreszcie los połączył mnie z siostrą, która również trafiła do tego obozu.

Przez Kair do PRL-u
– Wiedziałyśmy, że skończyła się wojna. Miałyśmy też kontakt z mamą i bratem. Brat zachęcał nas, żebyśmy przyjechały do niego, do Anglii. Ale ja chciałam wracać do Polski, do mamy, żeby odbudowywać rodzinę. Nasi znajomi w Indiach, kiedy dowiadywali się, że chcemy wracać do Polski, to mówili, że jesteśmy komunistkami. Nie rozumieli jak możemy chcieć wracać do takiego kraju.

Ale my byłyśmy zdecydowane. Przez Kair i Wenecję 1 maja 1047 roku dotarłyśmy do Czechosłowacji. Pamiętam jak wszędzie wisiały transparenty i widzieliśmy z okien pociągu pierwszomajowe pochody. W połowie maja, po pięciu latach i wędrówce przez pół świata, znów zobaczyłam moją mamę. Mieszkała wówczas w Macharach koło Piecek. Tak los rzucił nas tu, na Mazury, na których urodziły się moje dzieci i wnuki.

Rozmowę z panią Zofią Bonikowską przeprowadziliśmy we wrześniu 2014r.



Podziel się informacją: Pochwal się tym, co robisz. Pochwal innych. Napisz, co Cię denerwuje. Po prostu stwórz swoją stronę na naszym serwisie. To bardzo proste. Swoją stronę założysz klikając " Tutaj ". Szczegółowe informacje o tym czym jest profil i jak go stworzyć: kliknij
Problem z założeniem profilu? Potrzebujesz porady, jak napisać tekst? Napisz do mnie. Pomogę: Igor Hrywna




Komentarze (1)

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Mazur nie warmiak #1664892 | 89.229.*.* 13 lut 2015 10:36

    ta kobieta co pisze te opowieści ma szczęście że to nie była upa,bo nie podzieliłaby się swoimi opowieściami

    Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz