Miłość na cygańskim koniu

2014-09-25 07:00:00 (ost. akt: 2014-09-23 14:28:38)
Miłość na cygańskim koniu

— Różne historie rodzinne były i będą skrywane — przyznaje Tadeusz Fierkowicz z Derca koło Olsztyna, którego żona wniosła w posagu herb rodowy, a on sam wywodzi się z tureckich Karaimów. Ich rodziny tworzyły historię Polski, dlatego swoim potomkom wpajają zamiłowanie do ojczyzny i do.... myślistwa.

Zaczęło się w XIV w., kiedy książę Witold sprowadził na Litwę Karaimów i osadził ich w Trokach. — Było to 400 rodów wyznających chrześcijanizm, w których mężczyzn, a w tym mojego przodka, cechowała odwaga i waleczność — wyjaśnia Tadeusz Fierkowicz. — Z przekazów rodziny wiem, że u nas wszyscy byli żołnierzami.

Ta niewielka grupa etniczna pochodzenia tureckiego, kierowała się również ścisłymi zasadami. Jeśli mężczyzna ożenił się z kobietą o innej narodowości, to przestawał być Karaimem. — Mój przodek wybrał właśnie tę drogę, wiążąc się prawdopodobnie z Polką. Ja dokonałem takiego samego wyboru i nie żałuję, bo mam bardzo mądrą żonę. A to znaczy, że mój praprapradziadek wcześnie poznał się na rzeczy — śmieje się 66-letni pan Tadeusz.

Kalifornijski Zagłoba
Swoim pochodzeniem może się również poszczycić Barbara Fierkowicz, z domu Korwin-Piotrowska. — Moja rodzina otrzymała dokument herbowy w XVI w., a razem z nami 139 innych polskich rodów — wyjaśnia pani Barbara. — Widnieje na nim ślepowron trzymający pierścień.

— Taki sam herb mają Krasińscy i Jaruzelscy — dodaje z dumą pan Tadeusz. — Ale to nie koniec znanych osobistości. Z rodziny żony, tylko że dalszej, pochodził Rudolf Korwin-Piotrowski, którego Sienkiewicz poznał w Stanach Zjednoczonych. To właśnie na nim wzorował się pisarz, tworząc postać Zagłoby w „Ogniem i Mieczem”. A było na kim, bo przodek pani Barbary zbił majątek na gorączce złota i założył w Kalifornii miasto Sebastopol, które istnieje do dzisiaj.

— Nie wiadomo jednak, czym zasłużył sobie ród Korwin-Piotrowskich, że otrzymał herb. Przecież dopiero później walczyliśmy w powstaniu listopadowym i styczniowym — zastanawia się pani Fierkowicz. — W każdym razie za udział w tym ostatnim mój pradziadek Karol został zesłany na Sybir. Miał tam spędzić 25 lat, ale najpierw musiał pokonać pieszo drogę do Irkucka. — Szedł tam z rodziną trzy miesiące, ale po dotarciu na miejsce mógł wziąć sobie tyle ziemi, ile chciał i na niej gospodarzyć — wspomina 63-letnia pani Barbara.

Na początku nie mieli broni, więc swoimi sposobami polowali na niedźwiedzie polarne. — To były dosyć pierwotne metody — wtrąca Tadeusz Fierkowicz. — Zawiązywało się kłąb słomy na drągu i jak niedźwiedź stawał do pionu, to wsadzano mu słomę w pysk. Kiedy zwierzę chwytało ją łapami, rozcinano mu brzuch nożem. Z bólu sam sobie wyrywał wnętrzności.

Chociaż warunki do polowań były trudne,
zamiłowanie do myślistwa zostało.

— Pradziadek dożył 112 lat. Miał wszystkie zęby, czytał bez okularów i co najważniejsze, polował do ostatnich swoich dni — mówi z dumą pani Barbara, której rodzina wróciła z zesłania po 15 latach. — Pierwszy raz w życiu nie trafił zająca właśnie w dniu swojej śmierci. Jak wrócił z polowania do domu, to poprosił żeby mu przygotować krupnik (spirytus z miodem i korzeniami — red.), bo jakoś się nietęgo czuł. Po czym usiadł na kanapie, oparł się o dubeltówkę i zmarł. Niektórzy mogliby powiedzieć, że miał piękną śmierć — zamyśla się pani Fierkowicz. — Na pewno pozazdrościłby jej niejeden myśliwy — potwierdza mąż pani Barbary, którego pasją są właśnie polowania. Zresztą nie mogło być inaczej. — Można powiedzieć, że jesteśmy rodziną myśliwych od wielu pokoleń.

Etykieta Ejsmonda
Zamiłowanie do polowań przejęła po panu Tadeuszu dwójka z czwórki dzieci. — Od najmłodszych lat interesowała się tym najmłodsza córka Zosia i najstarszy syn Adam — zapewnia Fierkowicz.
— Adam to mój tata — mówi z dumą Ewelina Fierkowicz, uczennica 1 klasy gimnazjum w Jezioranach. — Pamiętam, że kiedyś był królem polowania, bo ustrzelił dzika. Nawet przyniósł do domu medal.

— Ja się nigdy jakoś na to nie załapałem — przekomarza się z wnuczką pan Tadeusz. — Kiedyś byłem tylko zajęczym królem i wszystkie swoje zające porozdawałem. Nie przepadam jakoś za tym mięsem.

— Najlepsze mięso jadłem raz w życiu w kołchozie, chociaż wszystkiego wtedy brakowało. Nie wiedziałem, co to są bułki ani mleko. Za to mięso... — zamyśla się pan Tadeusz, który wyjechał z rodziną na Syberię w wieku dziewięciu miesięcy i powrócił do kraju dopiero w 1946 r. — To była konina. Zdechło nam zwierzę i musieliśmy coś zrobić z mięsem.

Polowanie ma natomiast tę zaletę, że nawet jak się jakiejś zwierzyny nie jada, to można się jej pozbyć zgodnie z etykietą łowiecką. — Reguła jest taka, że jeżeli więcej upolujemy, to dzielimy się z tymi, co akurat nie mieli szczęścia — wyjaśnia Tadeusz Fierkowicz. — Jeżeli dostaną oni od każdego po kaczce, to często zostają z pełniejszymi rękoma niż ten, co upolował najwięcej.

Etykieta obowiązuje również w rodzinie. — Kiedyś było tak, że przekazywało się swoją broń potomkowi — wspomina pan Tadeusz. — Mój syn sam sobie kupił sztucer, więc własną broń myśliwską przekazałem zięciowi.

Na pytanie czy miał do niego zaufanie, Fierkowicz odpowiada: — Jak już oddałem mu córkę, to co tam sztucer...

Myślistwo uczy nie tylko etykiety, ale również zaufania i szacunku do autorytetów. — Moim jest dziadek Alhimowicz, którego poznałem w Kole Myśliwskim im. Juliana Ejsmonda — mówi pan Tadeusz. — Chociaż był z nas najstarszy, to jak wyruszaliśmy na polowanie, żaden nie mógł za nim nadążyć. Nawet jak miał już 85 lat.

Geny Zapolskiej
Młodsze pokolenie Fierkowiczów ma na razie inne autorytety — muzyczne. — Słucham rocka i chciałabym się nauczyć gry na basie albo perkusji — przekonuje Ewelina, która według dziadków jest jeszcze za młoda na polowania. — W przyszłości na pewno będę muzykiem.

Takiego zdecydowania można pozazdrościć, chociaż jak się okazuje, są do niego podstawy. — Ojciec mojej mamy, która pochodziła z Łodzi, grał na mandolinie, a jej bracia na skrzypcach — wymienia pani Barbara. — Zresztą w naszej rodzinie nie brakowało uzdolnionych osób, przecież z Korwin-Piotrowskich wywodziła się też Gabriela Zapolska.

Z kolei ojciec pana Tadeusza studiował na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. — Tam poznał moją mamę, która pochodziła z Lubelszczyzny...

— Fierkowicz zawiesza głos —... ale nie miała łatwego życia. Urodziła mnie w wieku 18 lat i niecały rok później wywieźli nas aż pod granicę z Mongolią, gdzie pracowała w kopalni złota, a potem przy spławianiu drewna. Wśród rodzin wiele historii było i będzie skrywanych — dodaje przyciszonym głosem pan Tadeusz.
W okolicach Wilna początkowo mieszkali też Korwin-Piotrowscy, jednak opuścili je, kiedy pani Barbara miała dwa i pół roku. — W ubiegłym roku byłam tam na wycieczce i przyznaję, że czułam się jak u siebie. Nawet w tych Trokach, w których osiedlił się ród mojego męża — śmieje się pani Fierkowicz.

Spotkanie tych dwóch rodzin najwyraźniej było od dawna pisane. Doszło jednak do niego dopiero w 1960 r. w miejscowości Dłużec, gdzie mieszkał wujek pana Tadeusza. — Był sołtysem wsi, która podlegała wówczas pod powiat węgorzewski — wyjaśnia Fierkowicz. — Miałem szczęście, że akurat jak go odwiedziłem, zajechała do nas Basia na cygańskim koniu.

Wtedy się poznali, ale jak zapewnia pan Tadeusz, zakochał się w niej już wcześniej. — Widziałem ją, jak miała 16 lat — śmieje się 66-latek, patrząc na zaskoczoną żonę. — Pomagała wtedy mojemu teściowi na polu i od razu wiedziałem, że jest to żona dla mnie.

Miłość od pierwszego wejrzenia? — Trudno tu mówić o jakimś wielkim uczuciu, bo ja przecież byłam jeszcze smarkulą — racjonalnie podchodzi do sprawy pani Basia. — Ale ślub wzięliśmy już w 1962 roku, jak ja miałam niecałe 19, a on 22 lata.
— Do Derca wprowadziliśmy się w 1966 roku i jakoś tak już leci — dodaje Tadeusz Fierkowicz.
— Ale my tu bajki opowiadamy, a w piecu wygasło — macha ręką pani Barbara na znak, że czas wracać do rzeczywistości.

Agnieszka Magnuszewska
a.magnuszewska@gazetaolsztynska.pl

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB