Zabili mi ojca, bo był piłsudczykiem

2014-09-17 13:23:05 (ost. akt: 2014-09-17 13:36:51)
Zabili mi ojca, bo był piłsudczykiem

- 22 września 1939 roku przyszli i zabrali wszystkich mężczyzn z Lerypola. Wśród nich mojego ojca, sierżanta w stanie spoczynku, Antoniego Pawlikowskiego – opowiada ze łzami w oczach pani Zofia Bonikowska, która wówczas miała 12 lat. - Wszystkich ich zamordowali na łące sąsiada. Zostawili przy życiu tylko kobiety i dzieci.

Lerypol, leżący przed wojną na terenie powiatu grodzieńskiego, był osadą wojskową. Po wojnie 1920 roku Józef Piłsudski nadał tu ziemie swoim zasłużonym żołnierzom, którzy walczyli z bolszewikami. Wśród nich znalazł się Antoni Pawlikowski. Dla tych, którzy dożyli 1939 roku oznaczało to wyrok. Sowieci wymordowali ich 22 i 23 września. Pozostawione przy życiu rodziny skazano zaś na trwającą wiele lat tułaczkę.

Wojenny wrzesień
- Miałam 12 lat, kiedy wybuchła wojna. Pamiętam, jak tato przyszedł do domu i powiedział, że hitlerowcy napadli na Polskę – wspomina mieszkająca dziś w Mrągowie pani Zofia Bonikowska. - Byłam więc na tyle duża, żeby zrozumieć, że nie jest dobrze, z drugiej strony na tyle dziecinna, żeby nie do końca zdawać sobie sprawę, co tak naprawdę nam grozi. 22 września przyszli i zabrali wszystkich mężczyzn z Lerypola. Wśród nich mojego ojca, sierżanta w stanie spoczynku, Antoniego Pawlikowskiego. Powiedzieli, że mają ich zaprowadzić na zebranie do sąsiedniej wsi. Nigdy tam nie dotarli. Wszystkich ich zamordowali na łące sąsiada. Zostawili przy życiu tylko kobiety i dzieci. Tak zaczęła się nasza wojenna tułaczka.

Wagonami na Ural
- Pamiętam jak rano, 10 lutego 1940 roku zajechali do naszej osady sowieccy żołnierze – wspomina pani Zofia. - Z karabinami. Krzyczeli, że mamy się szybko pakować i musimy wychodzić z domów. Mama była w szoku. Ledwo zdołała ubrać najmłodszego z nas i zabrać kilka rzeczy. Wszystko trwało może z godzinę. Z kilkoma tobołkami, na saniach, ruszyliśmy do Żydomli. Tam była stacja kolejowa. Po dwóch dniach, zapakowani w wagony ruszyliśmy w nieznane. Dopiero w trakcie podróży, jak komuś udało się wyjrzeć i zobaczyć nazwę stacji, zorientowaliśmy się, że jedziemy na wschód. Podróż trwałą trzy tygodnie.

Jak ktoś umierał, to wyrzucali go przy torach. Czasami przynosili nam jedzenie w wiadrach. Tak dotarliśmy do Biereznik. Stamtąd saniami do przygotowanej bazy. Jeśli ktoś był silny i przebojowy, to zajął sobie domek. Myśmy byli dziećmi, mama w ciąży i po stracie ojca. Zanim dotarliśmy na miejsce zostało tylko miejsce w dużym baraku. Tam zamieszkaliśmy z innymi. W sumie z 80 osób. Na środku stała jedna koza, na której wszyscy gotowali posiłki. To tu, w maju przyszła na świat moja najmłodsza siostra Ewa. Niestety, trudy kolejnych wędrówek zabiły ją dwa lata później.

Rozdzielenie z rodzina
Kiedy na mocy porozumienia Sikorski–Majski mężczyźni mogli m.in. zacząć poruszać się po ZSRR, starszy brat pani Zofii wyruszył by wstąpić do armii gen. Andersa. - Miał wtedy 17 lat. Musiał załatwić sobie fałszywe dokumenty. Jakoś to mu się udało. Dotarł do Andersa i później przeszedł cały szlak bojowy – opowiada pani Zofia. - Tak naprawdę opiekował się nami z linii frontu. Kiedy los rozdzielał nas coraz bardziej, to on, przez Czerwony Krzyż zapewniał nam łączność. To dzięki niemu wiedzieliśmy, co dzieje się z pozostałymi członkami rodziny.

My w listopadzie 1941 roku ruszyliśmy z matką szukać polskiej ambasady. Najbliższa była w województwie mołotowskim (obecny Perm). Tam utknęliśmy w drodze, bo Kama zamarzała wcześnie i nie mogliśmy przeprawić się dalej. Polska placówka była w Kujbyszewie. Tu pracowałam. Zajmowałam się chorym człowiekiem. Za to dostawałam talon na jedzenie. Mieliśmy co jeść. Tu też los rozdzielił nas na kolejne lata. Mama oddała mojego młodszego brata do junaków. A ja z młodszą siostrą zaczęłam przygotowywać się do transportu do Indii.

W gościnie u maharadży
- Mama została w Kujbyszewie, a my ruszyłyśmy przez Persję do Indii. Polscy dyplomaci przekonali tamtejszych władców do przyjęcia grupy polskich dzieci. W grupie było nas około pół tysiąca. Ze względów higienicznych ogolono nam głowy. Na rok trafiłyśmy do Polish Children Camp Balachadzi w księstwie Jamnagar.
Po roku przyszedł czas na kolejną rozłąkę. - Miałam już 16 lat i zostałam wysłana do innego obozu dla polskich dzieci, aby być w nim opiekunką dla młodszych – mówi pani Zofia. - Prosiłam, aby nie rozdzielać mnie z siostrą, ale... Wówczas nikt nas o nic nie pytał. Pojechałyśmy z grupą kilkunastu koleżanek do Karaczi. Tu byłam drużynową. Opiekowałam się grupą dziewczynek. Poprosiłam o możliwość ukończenia szkoły. Dostałam zgodę i tak trafiłam do Valivade-Kolapur, gdzie ukończyłam w 1947 roku gimnazjum kupieckie. Tu też wreszcie los połączył mnie z siostrą, która również trafiła do tego obozu.

Zobacz: kresy.wm.pl

Przez Kair do PRL-u
- Wiedziałyśmy, że skończyła się wojna. Miałyśmy też kontakt z mamą i bratem. Brat zachęcał nas, żebyśmy przyjechały do niego, do Anglii. Ale ja chciałam wracać do Polski, do mamy, żeby odbudowywać rodzinę. Nasi znajomi w Indiach, kiedy dowiadywali się, że chcemy wracać do Polski, to mówili, że jesteśmy komunistkami. Nie rozumieli jak możemy chcieć wracać do takiego kraju. Ale my byłyśmy zdecydowane. Przez Kair i Wenecję 1 maja 1047 roku dotarłyśmy do Czechosłowacji. Pamiętam jak wszędzie wisiały transparenty i widzieliśmy z okien pociągu pierwszomajowe pochody. W połowie maja, po pięciu latach i wędrówce przez pół świata, znów zobaczyłam moją mamę. Mieszkała wówczas w Macharach koło Piecek. Tak los rzucił nas tu, na Mazury, na których urodziły się moje dzieci i wnuki.

Redakcja
mragowo@gazetaolsztynska.pl

17 września: dzień Apokalipsy: Czy jest ktoś, kto nie słyszał o Westerplatte? Chyba nie. A ilu z nas słyszało coś o żołnierzach pułku Korpusu Ochrony Pogranicza "Podole"?. Pewnie niewielu. A ci żołnierze bili się nie mniej dzielnie z czerwonoarmistami, jak żołnierze majora Sucharskiego z Wehrmachtem. - Przewaga Sowietów bardzo duża, bijemy się uporczywie i będę starał się jak najdłużej moje kierunki osłaniać - meldował 17 września 1939 roku Marceli Kotarba, dowódca pułku.

17 września 1939 roku Odziały Armii Czerwonej zaatakowały Polskę. Polskie dowództwo zakazało stawiania oporu Armii Czerwonej, w przypadku innym niż natarcie wroga lub próba rozbrojenia. Do wielu jednostek ten rozkaz jednak nie dotarł, inne zaatakowane broniły się. W czasie walk z Sowietami zginęło około 3 tysięcy żołnierzy. Ostatnie boje polscy żołnierze stoczyli z Sowietami pod koniec września 1939 roku.

Ten atak ze wschodu załamał możliwość prowadzenia skutecznej walki obronnej przeciwko Niemcom. Gorsze były jednak późniejsze następstwa. Jeszcze we wrześniu 1939 Sowieci rozstrzelali około 2,5 tysiąca polskich jeńców. Potem był Katyń
i wywózki na Syberię, które objęły kilkaset tysięcy osób.

Ostatnim akordem sowieckiego terroru były tzw. masakry więzienne w czerwcu-lipcu 1941 roku, kiedy to NKWD zamordowała około 35 tysięcy więźniów politycznych, z czego 7 tysięcy w samym Lwowie.

W 2013 roku Sejm ustanowił 17 września Dniem Sybiraka.

Igor Hrywna



Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB