Z Wołynia do Olsztyna

2014-07-31 14:59:08 (ost. akt: 2014-07-31 15:00:54)
Z Wołynia do Olsztyna

Pierwszy pociąg z osadnikami dotarł do powojennego Olsztyna 10 maja 1945 roku. Kiedy na zawsze wyjeżdżali z rodzinnych stron na Wołyniu, nie wiedzieli, gdzie rzuci ich los. O Olsztynie, który wtedy nazywał się zresztą Allenstein, nikt nie myślał.

— My chyba przyjechaliśmy nawet wcześniej niż 10 maja. Utkwiła mi w pamięci scena, że w domu, który zajęliśmy przy dzisiejszej ulicy Abramowskiego, pewnej nocy obudził nas brzęk tłuczonej szyby. Strach było, bo wiadomo różne bandy jeszcze grasowały, dezerterzy. Ojciec spytał, kto tam i wtedy po rosyjsku usłyszeliśmy, że to koniec wojny. Jakiś pijany żołnierz najwidoczniej chciał jeszcze wypić. Pierwsze wspomnienia z Olsztyna to pierze po kolana w mieszkaniach, które oglądaliśmy. Czasem stoły jeszcze były zastawione, jakby ludzie dopiero co wstali od obiadu — opowiada Roman Wysocki. Miał 7 lat, kiedy do Olsztyna przyjechał z Łucka, który był stolicą przedwojennego województwa wołyńskiego. Jego rodzina wsiadła do transportu 25 kwietnia 1945 roku. Na rosyjskiej przepustce, którą pan Roman zachował do dziś, widnieją nazwiska, „chudoba“, czyli dwie krowy, które dziadek zdołał uchronić z gospodarstwa w Jezioranach Polskich (po sąsiedzku były Jeziorany Szlacheckie i Czeskie) i stacja docelowa — Chełm. Co dalej, nikt nie mógł wiedzieć.
Nasze domy
spłonęły

— Z jednej strony na Wołyniu pozostawała ziemia i groby. Z drugiej strony naszych domów już nie było, tylko zgliszcza, burzany, trawa — opowiada Jan Rutkowski, którego rodzinny dom w Dołhem spalili w 1944 roku Ukraińcy z UPA. Mówi, że ich transport ruszył z Sarn 5 maja 1945 roku.
— Kiedy mijaliśmy Antonówkę, tamtejszy proboszcz, zaprzyjaźniony z moimi rodzicami ksiądz Władysław Bielecki, krzyżem błogosławił przejeżdżający transport. W Kowlu dołączyli kolejni uchodźcy. Z Chełma przede wszystkim pamiętam rogatywki polskich kolejarzy, nie widziałem ich przez prawie sześć lat. Potem przez zniszczoną Warszawę, Działdowo, dotarliśmy do Nidzicy. Tu się kończyły szerokie tory, wszyscy musieli się wyładować. Rolnicy zaraz rozeszli się po okolicy szukać czegoś dla siebie, to oni zasiedlili wieś Tatary pod Nidzicą. My mieliśmy przedwojenną mapę Prus Wschodnich i stąd dowiedzieliśmy się, że niedaleko jest duże miasto Allenstein. Trzeba było sporo samogonu i słoniny, zanim znalazła się jakaś stara lokomotywa i dało się jechać dalej. Po drodze trzeba było ze trzy, cztery razy biegać do lasu po suche drzewo, żeby podrzucić pod kocioł — Jan Rutkowski mówi, że kiedy ich pociąg wtoczył się wreszcie na zniszczony dworzec w Olsztynie, miasto jeszcze się paliło. Prawie cały transport osiedlił się w rejonie obecnych ulic Rataja i Bydgoskiej.
Życie zaczęło się
w szkole

— Kiedy pierwszy raz oddaliłem się bardziej w kierunku centrum, zatrzymał mnie rosyjski patrol, obowiązywała jeszcze godzina policyjna. Ojciec musiał mnie wyciągać. Dla mnie życie w Olsztynie naprawdę zaczęło się, kiedy na drzewach i słupach pojawiły się informacje, że 4 czerwca odbędzie się spotkanie chętnych do nauki w szkole średniej. Pamiętam, że wśród kilkudziesięciu osób był kolega w mundurze RAF, który nawet niespecjalnie krył się z wystającym spod kurtki pistoletem. Naukę (w dzisiejszym I LO przy ulicy Mickiewicza — red.) zaczęliśmy od sprzątania. W szkole był podczas wojny szpital, walały się fragmenty łóżek, medykamenty. Wszystko to wynosiliśmy do wielkiego leja, w miejscu, gdzie teraz jest klomb przed szkołą — mówi Jan Rutkowski, który miał wówczas niespełna 18 lat.
Młodsza od niego o dobre 10 lat Teresa Więckowska, wyjeżdżała z Sarn wcześniej niż on, już 25 marca 1945, ale do Olsztyna jej rodzina dotarła dopiero we wrześniu.
— Jechaliśmy za frontem, jeszcze przecież trwała wojna. Warto powiedzieć, co to była za jazda — towarowe wagony, w naszym było dziesięć rodzin. Co kto mógł w takich warunkach, wziął ze sobą: łóżko, stół, tobołek z rzeczami. Do wagonu wchodziło się po drabince. Zachowałam ją... ku pamięci. Dojechaliśmy najpierw do Gniezna i Poznania, ale tam nigdzie nie było już wolnych miejsc. Ojciec był kolejarzem i dostał pracę w Skarżysku Kamiennej. Mieliśmy tam jeden dziurawy pokój na pięć osób, musieliśmy szukać czegoś innego. Ojciec mógł wybierać między Szczecinem, Wrocławiem i Olsztynem. Przydział na Olsztyn miał już w lipcu, ale przyjechaliśmy dopiero we wrześniu, bo długo szukał czegoś odpowiedniego do zamieszkania — opowiada Teresa Więckowska. Taka była bieda, że przez pierwszy rok nie chodziła do szkoły, bo zwyczajnie nie miała butów. Matka uczyła ją w domu. Do dziś pamięta, gdzie w pobliżu ratusza był sklep, w którym można było kupić kolorowe ozdoby świąteczne: bombki, aniołki. Nie mogła oderwać od nich oczu. Dla dziecka, które dotąd doświadczyło tylko wojennej trwogi i nędzy, to był inny świat.
Radość
z mąki i cukru

— Mój ojciec pracował w fabryce mebli. Kiedy dziś opowiadam wnukom, że na gwiazdkę dostawaliśmy paczki, w których był kilogram mąki i kilogram cukru, i bardzo byliśmy z tych prezentów zadowoleni, nie chcą mi wierzyć. Dziś nie wyobrażam sobie życia poza Olsztynem, ale wówczas starsi tylko słuchali radia bum-bum z Zachodu i myśleli, że wrócimy w rodzinne strony. Na ulicy ciągle stały porzucone przez Niemców samochody, tylko wsiadać i jeździć, ale nikt się nimi nie interesował. Długo wszystko było tymczasowe — wspomina Roman Wysocki.

Stanisław Brzozowski

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB